piątek, 6 stycznia 2012

Excalibur

Jak kończy się ta legenda? Przecież każdy to wie.
Patrzyła w ciemną w tonacji akwarelę, przedstawiającą niekształtną barkę sunącą po powierzchni zasnutego oparami jeziora, barkę popędzaną długą tyką przez kobietę widoczną tylko jako czarna sylwetka.
Właśnie tak kończy się ta legenda, właśnie tak.
[...]
- To nie jest takie pewne, Condwiramurs. To wcale nie jest takie pewne.
 
(Andrzej Sapkowski, Pani Jeziora)

 Te słowa, kierowane przez Panią Jeziora, Nimue, do odbywającej u niej praktykę Condwiramurs, mimo tego, że niezupełnie dotyczyły legend arturiańskich, wydały mi się najlepszym podsumowaniem cornwellowskiego zabiegu przedstawienia opowieści o Arturze w nowym świetle. To, co wszyscy znamy z legend nie jest wcale takie pewne. Wcale nie jest takie pewne.

Opisywałam już na tym blogu pierwsze dwa tomy trylogii: Zimowego Monarchę oraz Nieprzyjaciela Boga. W Excaliburze przenosimy się jeszcze raz na te same zielone, zamglone wyspy brytyjskie, wciąż nękane wojnami, poznając dalsze losy postaci z poprzednich dwóch tomów. Nierzadko poznajemy te dzieje aż do końca towarzysząc któremuś z bohaterów, choć jednocześnie wiele wątków pozostaje otwartych, a z niektórymi ze starych znajomych rozstajemy się tak, jak czasami w życiu, bez pewności co do tego, jak potoczyły się dalsze koleje ich losów.

Powieść, uwiarygodniająca legendy arturiańskie, nie mogłaby sprawiać wrażenia prawdziwej, gdyby zakończyła się typowym happy endem, w którym wszyscy żyliby długo i szczęśliwie, przesadą byłoby jednak też bardzo pesymistyczne zakończenie, przepełnione rozpaczą i brakiem nadziei. Cornwellowi udało się wyważyć odpowiednie proporcje pomiędzy jedną i drugą wersją, dzięki czemu czytelnik nie pozostaje po lekturze z uczuciem goryczy i niesprawiedliwości, jak to przydarza się czasami przy niektórych utworach innych autorów.

Panta rhei i trzeba pogodzić się z tym, że nic nie jest wieczne, w tym taka Brytania, jaką poznaliśmy dzięki trylogii arturiańskiej Cornwella. Przyszedł czas na pożegnanie ze starymi bogami, druidzkimi wierzeniami, Arturem i Derflem oraz innymi postaciami z kart tej książki.

Warto było się z nimi poznać i wraz z nimi przeżywać silne emocje, brać udział w bitwach i tworzyć historię.

Metryczka:
Tytuł: Excalibur
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
ISBN: 978-83-62329-11-3
Liczba stron: 580

5 komentarzy:

  1. Ostatnio coraz częściej sięgam po tego typu literaturę, a legendy arturiańskie zaczęłam odkrywać na nowo... Na początku trochę z przymusu, teraz już mnie... Więc może i tę pozycję przeczytam. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę brak weny nadal trzyma? Tylko kilka krótkich akapitów na podsumowanie trylogii arturiańskiej Cornwella?

    Karuś proszę bądź bardziej systematyczna. Już Ci dobrze szło z tym justowaniem ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie jestem specem od legend arturiańskich, po tą trylogie sięgnęłam na fali zainteresowania serialem "Merlin". No i wpadłam po uszy...

    OdpowiedzUsuń
  4. Wyjustowałam.

    Kilka akapitów dlatego, że nie chcę powtarzać tego, co pisałam o pierwszych dwóch tomach ani zdradzać fabuły ;) Poza tym dawno to czytałam - wpis pojawił się jedynie dla przypomnienia o tym cyklu - jeśli ktoś jest zainteresowany, a nie słyszał o nim do tej pory może zajrzeć do wpisów na temat "Zimowego monarchy" czy "Nieprzyjaciela Boga" :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej ;) Blog świetny, dodałam do obserwowanych ;) Pozdrawiam, jeśli chcesz, wpadnij do mnie, dopiero zaczynam, ale możesz zamieścić swoją opinię, sugestie.. ;)

    OdpowiedzUsuń